Mit czystej rozrywki

Drugi post na nowym i już (prawie) opóźnienie, co? Niestety prawda jest taka, że od dłuższego czasu dość często się nie wysypiam (trochę z własnej winy, no ale mniejsza) to i energii na pisanie nie starcza. A że mam na głowie i inne rzeczy to też ogranicza mi czas na pisanie. O czym będzie dziś? Myślałam, że może Jonathan Strange i pan Norrell, których powtórzyłam sobie przez ten weekend w serialu i równolegle zaczęłam słuchać audiobooka (papierową książkę czytałam prawie dwa lata temu), ale co ja wam tu mogę napisać po za tym, że warto sięgnąć i że serial jest naprawdę udaną adaptacją?

Read More

Autor była kobietą

Od jakiegoś czasu coraz częściej łapię się na refleksji nad moją lekturą. Kogo czytam, a kogo nie i dlaczego? I co mogę (jeśli mogę i czuję taką potrzebę) w tym zmienić. Zdecydowanie bardziej świadomie szukam wątków społecznych i dokładniej przyglądam się ich realizacji. Coraz wyraźniej też brak mi żeńskich głównych bohaterek. Myślę, że warto pisać więcej powieści o kobietach. Zwłaszcza w fantastyce. I o zwyczajnych ludziach robiących fantastyczne rzeczy – nie dlatego, że są wybrańcami, czy mają supermoce, a dlatego, że tak zdecydowali, tak chcą i to dlatego, w to, co robią tak fantastycznego, wkładają ogrom pracy. Dokładnie tak jak moi przyjaciele. Dokładnie tak jak wszyscy ci ludzie znani ze swoich dokonań. Dokładnie tak jak ty i ja. Myślę też coraz częściej o tym, że powinnam czytać więcej powieści pisanych przez kobiety. Myślę, że obecnie czytam ich za mało.

Read More

Autor, którego lubisz jest homofobem. Ale to nic takiego

Tylko, że jednak nie. To jest coś ważnego, coś wielkiego. Dlaczego? Przecież poglądy autora nie rzutują na to, co pisze? Przecież narrator a autor to nie to samo? Prawda? Ale kiedy sam piszesz, wiesz, że to nie jest prawda. To tak nie działa, że da się oddzielić jedno od drugiego – jak w magicznej sztuczce z przecinaniem asystentki magika na pół. Dwie żywe połówki. Jedna żywa całość. Ale to i tak tylko sztuczka. Kłamstwo ubrane w zachwycającą fikcję.
Oto więc Pyrkon zaprasza jako gościa Orsona Scotta Carda. Autora ponoć świetnej i wcale nie homofobicznej Gry Endera. Pojawiają się najróżniejsze głosy odpowiedzi. Jedni nie pojadą na Pyrkon, inni nie wiedzą, czy pojadą, jeszcze inni owszem, pojadą, bo w końcu Pyrkon to nie jeden homofobiczny autor. Są i tacy, którzy pojadą i wezmą autograf, bo autor to nie jego książki. A ja jestem coraz bardziej porażona ogromem zamiatania problemu pod dywan.
Bo nie chodzi o jednego Carda – chodzi o przyzwolenie na to, żeby homofobiczni autorzy mieli platformę do wypowiedzi, podczas, gdy lewicowego głosu właściwie nie słychać. Polska fantastyka w ogóle jest mocno prawicowa, podczas, gdy po lewej stronie mamy kogo? Jednego Sapka, jeśli się uprzeć, który zresztą sam jest kontrowersyjnym człowiekiem. Ale o ile sposób bycia człowieka, czy pojawiająca się pogłoska o chorobie alkoholowej (zdarzyło mi się trafić na ludzi wysnuwających takie tezy i jestem pewna, że nie mnie jednej, o ich prawdziwości nie będę jednak wyrokować*), to kwestie może nieprzyjemne dla nas jako fanów, to jednak nie ranią nas one jako mniejszości – seksualnych, etnicznych, osób niepełnosprawnych itd. itp. Brak nam więc w ogóle zrównoważenia fantastyki na tym poziomie, a cóż dopiero mówić o zwyczajnym, ludzkim otwarciu na inność w fandomie. A jeśli będziemy zbywać obecność twórców, którzy są homofobami, na naszych imprezach fantastycznych – naszych w tym sensie, że to my mamy czuć się na nich dobrze – czy w ogóle na obecność homofobii, to jak niby mamy stworzyć inkluzywną społeczność? Taką, która będzie prawdziwym domem.
Przywykliśmy do obecności naszych rodzimych homofobów – z którymi, bywa że, nawet mimo ich poglądów „świetnie pije się wódkę” – wzruszeniem ramion traktujemy zapraszanie homofobów z zagranicy i to jako gości mających przyciągnąć najwięcej konwentowiczów. Dla mnie jedno jest jasne. Nawet jeśli konwent, który zaprasza takich twórców nie popiera ich poglądów i nie dla nich ich zaprasza, nie ma też nic przeciwko nim. Powiecie może, że to nam tworzy platformę do dyskusji, ale tak naprawdę, słyszeliście kiedyś panel, czy prelekcję, które faktycznie zmieniłyby się w dyskusję o homofobii zaproszonego gościa? Czy to jest norma? Może jednak czas, żeby się nią stała? Żeby nie stać z boku i mówić, że no okej, ten Card to niefajny gość, ale ja tu jestem po co innego. I dlatego nie zrobię niczego, by wyrazić swoją niechęć w sposób widoczny dla tworzących Pyrkon. By pokazać im, że nie chcę takiego rozwoju tej imprezy.
I jest jeszcze jedna kwestia. Na tych wszystkich niehomofobicznych książkach, autor zarabia – i zdarza się, że te pieniądze przekazuje między innymi na działania przeciwko mniejszościom seksualnym. Za przyjazd na swoją imprezę, Pyrkon może nie zapłaci Cardowi za przyjazd – tak ponoć to funkcjonuje – ale sama książka zawsze jest jakoś powiązana z autorem jako człowiekiem. Choćby na poziomie produktu i jego twórcy, który na tym produkcie –na różne sposoby – zarabia. Pamiętacie jak kilka dni temu wszyscy postanowiliśmy zbuntować się przeciwko producentowi wody mineralnej, który opłaca ruchy antyaborcyjne? Woda nie ma w ogóle żadnych poglądów, w żaden sposób nie mówi nam o tym, kim jest jej producent, albo nie zakrywa jego paskudnych poglądów, które jednak finansuje. Ona tylko opłaca mu wygodne życie i, w tym wypadku, właśnie finansowanie działań przeciwko kobietom, tak jak u Carda jest to społeczność LGBTQIA+. Czy różnica między producentem Cisowianki, a między homofobicznym twórcą fantastyki jest aż tak ogromna?
Powiecie, że niepotrzebnie upolityczniam temat. A ja powiem, że właśnie potrzebnie. Potrzeba nam otwartej dyskusji o tym, czy chcemy w ogóle twórców homofobów. Co oni takiego dobrego wnoszą w fantastykę, czego nie wnieśliby twórcy, niebędący gnojkami, nienawidzącymi mnie, ciebie, twojej koleżanki trans, albo biseksualnego kumpla? A może czas spróbować przekonać takiego autora, że my też jesteśmy ludźmi i nie jesteśmy chorzy ani źli i nie trzeba nas nijak leczyć. Może to jest okazja, żeby jak najbardziej otwarcie pokazać swój głos. Więc hej, zróbmy coś. Jeśli pojedziecie na Pyrkon, zróbcie coś tym bardziej. Ja, jeśli zdecyduję, że pojadę na przyszłoroczny Pyrkon, zdecydowanie zamierzam pokazać swój głos. W jaki sposób, to się jeszcze okaże, ale w jakiś na pewno.
Bo dla mnie fantastyka zawsze miała pokazywać lepszy świat. Ucieczkę, jak to pięknie ujął Terry Pratchett, nie od, a do. I czytając wspaniałą książkę, nie chcę musieć zapominać kim jest jej autor. Nie chcę zapominać o tym, że najchętniej w jakiś sposób by mnie skrzywdził, w imię „leczenia” mojej „dewiacji”. Nie chcę też mieć choćby i minimalnej szansy, że spotkam go na imprezie, na której pozwalam sobie czuć się najbezpieczniej na świecie – i nagle stracić całe to wspaniałe poczucie bezpieczeństwa. I nie chcę, żeby wszystko to musieli robić moi przyjaciele LGBTQIA+. Dlatego nie będę o tym wszystkim milczeć. Bo może mówienie nie da wiele, ale to milczeniem poddaje się teren bez walki.

* Przywołuję tu tę kwestię nie po to by cokolwiek sugerować, a pokazać, do jakiego stopnia niezbyt dobrze postrzega tego autora sam fandom.

OK Computer

Dwadzieścia lat pięknej płyty. Jedenaście lat mojego życia. Piosenki tak bardzo w gatunku… No właśnie. Bo z Radiohead jest tak, że myśląc o ich muzyce nie potrafię myśleć inaczej niż „science-fiction”. To widać w tych tekstach bardzo mocno – od kosmitów, przez przyziemniejsze wątki poruszane w tekstach Thoma Yorke’a (i jednym Jonny’ego Greenwooda*) – one są właśnie moim ukochanym gatunkiem.
Niedużo w tej muzyce piosenek miłosnych i dlatego tym bardziej ją kocham. Bo od jedenastu lat dowodzi mi, że najlepsza muzyka podejmuje najróżniejsze tematy. Często trudne tematy. Po tych wszystkich latach wciąż mi bliskie. A może nawet bliższe niż wtedy, na początku. Czasami aż za bliskie, zbyt mocno zgrywające się z moim życiem. Z dzisiejszym światem. Wciąż tak cholernie, boleśnie aktualne.
Więc jeśli spytacie mnie jak zrobić w muzyce science-fiction odpowiem wam: właśnie tak. Posłuchajcie OK Computer. Posłuchajcie Radiohead. Że rock alternatywny? Też. Zdecydowanie oni definiują dla mnie punkt graniczny tego gatunku i tego, co w nim kocham. Ale przede wszystkim to jest muzyczne sf.
Przed OK Computer były wcześniejsze płyty Radiohead, ale to ona jest Początkiem. Od niej zaczyna się to, co w kosmosie i alternatywie kocham. Tak na poziomie tekstu, jak i muzyki. Dwanaście utworów o potrzebie ucieczki przed światem, przed tym co robimy sobie nawzajem, o duszeniu się w codziennym życiu, o strachu przed życiem…
Parafrazując. Żadnych alarmów i żadnych niespodzianek, gdy patrzysz pod stopy, szukając pęknięć w chodniku. Patrząc wstecz tym wyraźniej widzę, jak bardzo ta muzyka mnie ukształtowała. Czy to dobrze? Czy to źle? Nie wiem. Nie sądzę, żeby odpowiedź była tak prosta. Niezależnie jednak od tego, jaka by nie była, kocham Radiohead.


* Ostatni na płycie, The Tourist.